|
środa, 24 stycznia 2007 Ryszard Kapuściński 1932-2007
Ryszard Kapuściński nie żyje…
Odszedł tak niespodziewanie i wręcz niewiarygodnie… wydawało się, że tacy ludzie żyją wiecznie.
Pozostawił nam siebie w swej twórczości na wieczność, ale czy w wielkim pisanym dokumencie świata wystarczy piękna bez wrażliwości jego oczu i umiejętności dzielenia się zachwytem, przygodą?
Gdy dostałem wczoraj wieczorem SMSy od przyjaciół o jego śmierci, momentalnie po policzkach pociekły łzy.
Był moim mistrzem, inspiratorem, lekarstwem na smutki szarej codzienności, remedium na "poprzygodową" pustkę, kiedy wracałem pełen przeżyć ze swojej podróży do Indii.
Co urzekało wielu w jego twórczości to geniusz opisu, odwaga, śmiałość, głębokie zaangażowanie i afekt do swojej pracy, którym pachniało pisane przezeń słowo…
Mnie jednak, mimo że przebył połowę świata, opisał upadki i powstania, wojny, smutki i radości – zawsze ujmowało przede wszystkim jedno – jego stosunek do drugiego człowieka. Miłość czy życzliwość do nieznanej osoby. W jego książkach, od których nigdy nie mogłem się oderwać wyobrażałem sobie zawsze te jego przyjazne spojrzenie i dobro patrzące z oczu…
Oczu, których nie otworzy już nigdy…
Żegnaj mistrzu! Spoczywaj w pokoju…
niedziela, 3 grudnia 2006 Polska kibicami stoi!
Pomimo bycia najlepszym rozgrywającym turnieju Adam Małysz nie był do końca zadowolony z postawy swojego zespołu, który przegrał w finale Mistrzostw Świata w siatkówce z Austrią 0:3... Kamil Stoch zapewnił fanów, że jednak wicemistrzostwo jest rezultatem, o którym nawet nie marzył przed zawodami... Później, tego samego dnia Paweł Zagumny ustanowił rekord skoczni w Lillehammer skacząc 142 metry i znalazł się na podium. Mariusz Wlazły zakwalifikował się do drugiej rundy i zakończył 28.
:)
Tak... nie było wcale tak do końca, ale kto by się przejmował.
Niedziela, Srebrna Niedziela przyniosła wiele emocji polskim fanom dookoła świata. Srebrny medal polskich siatkarzy i trzecie miejsce + rekord skoczni Adama Małysza były spektakularnymi wydarzeniami polskiego sportu. Jeżeli dodać kilka ładnych bramek polskich piłkarzy (Smolarek, Żurawski, Rasiak, Mięciel, itd.) okazuje się, że coś pozytywnego dzieje się w polskim sporcie...
Czy jednak powinniśmy traktować osiągnięcia sportowców reprezentujących czterdziestomilionowy, europejski kraj jak sukces, jeżeli przychodzi nam się zakwalifikować do finału raz na 30 lat a poza jednym, wspaniałym skoczkiem narciarskim nie mamy innego powodu do dumy? Polski futbol zawsze piękny w kwalifikacjach i także niezwykle słaby w finałach (Mistrzostwa Świata 2002 i 2006)... Czy mamy tu podstawy do hurraoptymizmu?
Jest jedna:
Polska kibicami stoi! Te niesamowite tłumy przybywające na zawody skoków narciarskich w Zakopanem, najlepsza na świecie atmosfera na meczach siatkówki (widziałem kilka w Łodzi – niezapomniane) i wspaniałe wsparcie dla piłkarskiej drużyny narodowej jak podczas ostatniego Mundialu czy meczu Belgia-Polska, na którym miałem okazję być 15 listopada tego roku. Było tam ze mną 15 tysięcy polskich kibiców na stadionie Króla Baudoina i byli oni dużo bardziej radośni (w końcu wygraliśmy!), kolorowi i głośniejsi od swoich odpowiedników po belgijskiej stronie... Zostanie to niezapomnianym wspomnieniem z Belgii. Możesz złapać skrawek atmosfery meczu oglądając wideo na YouTube z poniższych linków: Wideo 1: Polscy kibice Wideo 2: Radość po zdobyciu gola!
Więc, koniec końców, to jest to, czym grudniowe niedziele stoją... Zamiast pracować na swoimi zadaniami na Uniwersytet wolę oglądać wzloty i porażki naszych sportowych talentów. I nawet gdybym starał się skoncentrować na studiach, nie dałbym rady... wszak Polska kibicami stoi!
środa, 29 listopada 2006 od przyjaciela o życiu
Dyspozycyjni i operatywni. Dynamiczni i asertywni. Otwarci i komunikatywni. Tryskają energią, są pełni woli odniesienia sukcesu i mają silną motywację. Atrakcyjni, kreatywni, sumienni, pracowici. Poza domem przebywają osiemnaście, dwadzieścia cztery godziny, czasem dwie doby. Budzą się wcześnie rano, kochają z zegarkiem w ręku. Dwie i pół minuty muszą wystarczyć na pieszczoty, przez kolejne dwadzieścia trzeba umyć się, zjeść, ubrać i pędzić do pracy. Szybki seks, motywująca mantra pod tuszem. A przecież tak mało czasu, tak mało czasu. Dom pozostaje pusty. Tylko co jakiś czas dzwoni telefon i włącza się automatyczna sekretarka, by nagrać niespełnione obietnice wcześniejszego powrotu z firmy któregoś z mieszkańców... ...brawo swiecie XXI wieku oby tak dalej!
poniedziałek, 25 września 2006 volver
Dublin, Paryż, Brugia... żeglowanie po Morzu Północnym Świeżość wiatrów porządkująca moje myśli i te same problemy i te same powroty... ku jesiennej Brukseli...
Wrzesień u swego dna... ciężki uczuciami, które zasiał lekki postawą, którą przemknął kto wie co czeka wciąż tuż za nim
Życie wspaniałe słowa, poszukiwania, podróże miejsca pełne wiszących doświadczeń do spróbowania i pustki w głowie zagubionej w chmurach...
Kolejny krok naprzód w stronę nieznanej przyszłości... póki co, jest dobrze póki co, nie jest źle istnienie, czy właściwie ma jakieś znaczenie?
uśmiechy przyjaciół i brak dotyku masy wokoło i samotność w tłumie
tylko muzyka wie i maluje kierunek emocji moich fal...
dzisiaj, tej nocy, jutro kto wie?
kto?
niedziela, 20 sierpnia 2006 Powrót egzystencjalisty...
Niedziela, wieczór 20.08.2006
Wracam do domu metrem ze stacji Montgomery, przepełniony ni to lękiem, ni ciekawością, może intelektualnym tylko zadumaniem nad limitami ludzkiej egzystencji.
Czy w sto lat po tym dniu, ktoś inny, podobny będzie jechał takim metrem w kierunku Gare du Midi przesiadając się na stacji Art-Loi 20.08.2106 nic a nic nie wiedząc o moim skromnym powrocie tutaj...?
Kto wie, może już 25 lat temu mój zapomniany poprzednik zastanawiał się nad problemem przemijania i uciekających czy to w wieczność czy w nicość chwil...
Być może wagony metra pełne są zawieszonych myśli, które podróżując latami co pewien czas atakują spadając na głowy wybranych pasażerów, przemierzając ich mózgów odchłanie, smyrane delikatnymi ogonkami neuronów uciekają w seans zapomnienia o tym, że wraz z końcem żywota takiego wagonu im też przyjdzie odsapnąć na przysypanych kurzem półkach wiecznego odpoczynku.
200 lat temu ktoś pewnie jechał na tym przeoranym tunelami gruncie konno... Wiatr rozwiewał mu włosy.
Nie ma już ich, ni jeźdźca, ni konia... tylko wiatr pozostał przypominając o swoim istnieniu chłodnym oddechem historii...
Mój refleksyjny nastrój pogłębia dobiegająca do mej głowy muzyka sprzed 25 lat, płynąca z głośników w mych uszach koncertówka "The Wall" Pink Floyd...
Może to ona skusiła do mej głowy myśli wymarłych egzystencjalistów?
GARE DU MIDI
środa, 26 lipca 2006 Kalatówki
człowiek z fajką zielona rzeczywistość drewniane ławki i skały wokoło patrzące na nas zmętniałym wzrokiem prażącego słońca
choć w kościach ból wędrówka, szlak refleksji droga trwa bez końca
znieważone dni pracy schowane lęki, strachy za gór tych stromym pasmem zmęczenie wypłukuje cierpki życia osad
...
DZIEWCZYNA, KTÓRA SPRZEDAJE LODY Dziewczyna, która sprzedaje lody w schronisku: waniliowe, czekoladowe i waniliowo-czekoladowe. W przerwach czyta książkę. Mam ochotę zapytać ją co czyta by nasze spojrzenia mogły się przekrzyżować. Może wtedy znalazłbym miejsce jako postać z książki w wyobraźni młodej dziewczyny... Siedzę, popijam piwo i piszę o tym czego dziś nie dokonam Turnau zaśpiewałby "i czy w ogóle jest sens, żeby pisać wiersz?"
poniedziałek, 3 lipca 2006 26. Urodziny
Była to ciepła lipcowa noc, 3 lipca 1980, 2:20 rano.
Komunistyczne władze Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej przed dwoma dniami podniosły ceny wszystkich produktów, co wywołało niepokoje i protesty w całym kraju oraz podłożyło iskrę inspirującą powstanie ruchu „Solidarność” i jego lidera Lecha Wałęsy.
Mój ojciec – Tadeusz, starał się wyobrazić jak bardzo jego życie zmieni się po tej nocy. Fakt, iż zamiast kupić ostrza do swej golarki nabył paczkę pieluch dla swego nowonarodzonego nie dawała mu spać tej wyjątkowej nocy.
Moja mama – Halina martwiła się i stresowała moim ciągłym wierceniem się sugerującym, iż mam ochotę na opuszczenie bezpiecznego łona i sprawdzić, czym zewnętrzny świat tak naprawdę jest…
I oto pojawiłem się…
Podekscytowany i drżący z emocji zakomunikowałem światu swój debiut wydobywając z siebie głośny okrzyk… po prostu płacząc ze szczęścia, że wieczność wydrapała dla mnie małą część czegoś najcenniejszego ze swych zasobów – życie! Życie, które przyszło mi dzielić z moimi rodzicami, rodziną, przyjaciółmi, ludźmi z sąsiedztwa, miasta, państwa, kontynentu, dalekich lądów i oczywiście z Wami!
Niektórzy mówią, że kiedy osiągniesz pewien wiek – przynosi Ci to odczucie, które nie pozwala się już cieszyć z obchodzonych urodzin… ponieważ przypominają o tym, że jest się o rok bliżej do końca… krok wprzód na drodze z powrotem do wieczności, która połknie nas kiedyś razem ze wszystkimi rzeczami, których dokonaliśmy… Wczoraj słuchałem polskiej piosenki mojego ulubionego piosenkarza, której już dawno nie słyszałem i znalazłem w jej tekście słowa, które nigdy wcześniej nie zwróciły mojej uwagi, iż „radość życia w przemijaniu” czasu, dni, życia, istnienia… Może możemy ją rzeczywiście tam odnaleźć i nie powinniśmy się bać przemijania…
Ja nadal kontynuuję swoją wędrówkę po planecie Ziemia. Minęło 26 lat wiecznej włóczęgi i poszukiwania powodu, sensu, radości, inspiracji, miłości… Mój ojciec nigdy już nie zgolił swojej brody od dnia, kiedy się urodziłem. Moja mama nadal martwi się i stresuje moim ciągłym wierceniem się po świecie i faktem, iż nadal poszukuję swego miejsca w tak dalekich stronach (Polska, Indie, Belgia, itd.)
To może dosyć długa wiadomość, przez którą musicie przebrnąć, ale jest jeden powód i rzecz, która jak myślę jest warta podzielenia się z wami… szczególnie tymi poszukującymi powodów, sensu, radości, inspiracji i wartości, tak jak ja… Życie jest wartością samą w sobie… więc przeżyjcie je najlepiej jak potraficie… to zajmuje tylko nasz żywot… A czym jest żywot… w perspektywie wieczności…?
|